piątek, 27 stycznia 2017

Gorzka prawda czyli wizyta u dietetyczki. Francuska codzienność. Część 60.




Jak napisałam wczoraj krótko na mojej stronie fejsbukowej… czekała nas godzina prawdy a raczej 2 godziny bo mój mąż razem ze mną tym razem, umówił się na wizytę. Coroczny bilans okazał się pierwszą z kilku konsultacji, które na nas czekają.


 


Mamy bowiem po 7 kilogramów każde do zgubienia. Jeśli o mnie chodzi te 7 kg to maksimum, które mogę zgubić… a powinnam raczej 4-5 by nie przekroczyć 60 kilogramów wagi “ciężkiej” dla mojego męża to minimum bo on powinien raczej zgubić 10 kilogramów.


 


Sporo…


Nie można tego wytłumaczyć tylko zimą i minionymi Świętami. Byłoby to raczej 2-4 kilogramy na plusie… jest więcej.


 


Ale, od początku.


 


Mieliśmy umówione na wczoraj dwie godzinne konsultacje z naszą dietetyczką Sarahą Ottonelli. Z wynikami badań, rozpisanym ubiegłotygodniowym jadłospisem udaliśmy się więc do gabinetu.


Fajnie nam się gadało, ale od razu okazało się, że nasze domowe jedzenie pomimo tego, że wciąż zachowuje swoją jakość znacznie przekracza normy ilościowe. Średnio o 1/3 jeśli o mój jadłospis chodzi. Jak to się stało, że ja tego nie czułam?


 


Otóż moje badania krwi pokazują na zwiększony poziom Kortyzolu czyli hormonu stresu… I to jest pewne wytłumaczenie. Moja notoryczna aktywność od 6 godziny rano, zły sen i kłopoty z nim trwające już od dłuższego czasu oraz brak odpoczynku składają się na te dane, które tłumaczą kiepskie spalanie tłuszczu. Ciało bowiem w ciągłym napięciu magazynuje zbyt wiele. Ale to tylko część powodów. Ten podstawowy to oczywiście zbyt duże porcje.


 


Tak więc % tłuszczu w moim ciele przekroczył normę o 3 jednostki. Tak wynika z badań przez Sarę przeprowadzonych a % masy miśniowej nieco się obniżył I trzeba go absolutnie podwyższyć. Jest też trochę zatrzymanej wody.


 


Mam więc nowe menu na 4 tygodnie. Bo 24 lutego mamy kontrolę i nastąpi adaptacja tego programu alimentacyjnego.


Od wczoraj zgubiłam już kilogram… pewnie siła mentalna się przysłużyła…


Chodzę trochę głodna ale się cieszę bo w końcu odczuwam głód a zdażało mi się jeść bo akurat była pora.


 


Tak więc:


Śniadanie o 6h30 – sok z cytryny z wodą, 40 g płatków owsianych z mlekiem roślinnym 125 ml albo 60 g chleba z 60 g twarogu. Do tego jabłko bądż gruszka i zielona herbata.


 


10 h – kawa i malutki owoc typu kiwi bądź mandarynka


 


13h obiad – 150 g surowych warzyw, Porcja białka 120 g mięsa chudego albo 150 g ryby chudej ( tłusta tylko raz w tygodniu), albo 2 jajka, albo 100 g szynki; 200 g gotowanych warzyw. Jogurt naturalny. Kawa i 1 kostka czekolady +70% kakao.


Do przyrządzenia tego wszystkiego tylko 1 łyżka tłuszczu… oliwy, masła, śmietany… muszę więc rozłożyć…


16 h-herbata czy zioła; 5 migdałów


20 h-kolacja -  300 g gotowanych warzyw, 120-150 g węglowodanów (kasz, ryżu, ziemniaków); jogurt naturalny. Zioła na sen.


 


Raz w tygodniu posiłek – przyjemność… z deserem ale zaraz po nim posiłek rekompensata: 300 g warzyw i owoc.


 


To menu dostarcza około 1450 kcal gdy mój metabolizm bazowy wynosi obecnie 1311 kcal. Spodziewam się więc utraty kilogramów tym bardziej, że mój tryb życia jest bardzo aktywny. I średnio spalam dziennie około 2500 kcal według wyliczeń. Zależy mi też bardzo do powrocie do prawidłowej wagi ciała i do lepszej formy choć tę naogół mam. Poza tym wielkimi krokami zbliża się menopauza więc zaburzenia hormonalne też będą się przyczyniać do zmian. Trzeba więc wrócić do dobrych nawyków.


Tymczasem moja mama, poinformowana wczoraj przez telefon o naszych aktualnościach wagowych skwitowała wszystko – pani dietetyczka nie bierze pod uwagę faktu, że ty masz grube, polskie kości a nie francuskie… uśmiałam się… pewnie nie bierze! Sic!
Ps: We Francji dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne czyli mutuelles zwracaja koszty ( czesciowo) takiej wizyty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz